niedziela, 1 września 2013

Życie pod mostem Grota-Roweckiego

Wybrałem się ostatnio na premierę mapy "Wisła WAW" dr Marka Ostrowskiego, która odbyła się na stołecznej plaży w Boogaloo Beach Barze. Miejsce dla mnie nowe, nieznane, nie orientuję się najlepiej w topografii Wybrzeża Gdyńskiego, zatem zdałem się na łaskę GPS-u i mapy w telefonie. Skutek był taki, że przedzierałem sie przez nadwiślańskie chaszcze i brnąłem szlakiem quadowców przez hałdy piachu, aż oczom moim ukazały się filary mostu Grota-Roweckiego. Pogodziłem się szybko z faktem, że na autorskie spotkanie już nie dotrę. Postanowiłem jednak wyciągnąć z tej sytuacji coś pozytywnego, zamiast wpadać w jakiegoś doła. To było moje spotkanie z Wisłą, tylko bardziej osobiste. Popodziwiałem jej prawy brzeg z perspektywy, na którą bym się raczej nigdy świadomie nie zdecydował. Poprzyglądałem się też konstrukcji mostu z miejsca, do którego mało kto zagląda. A okazuje się, że tam toczy drugie życie, takie mniej oficjalne.









niedziela, 18 sierpnia 2013

Spotkałem Wielbłąda na Gałczyńskiego

Słoneczne niedzielne popołudnie. Siedzimy na leżakach w cieniu i czytamy książki. Z głośników klubokawiarni, która kiedyś była całkiem fajna wybrzmiewają kolejne podobne do siebie piosenki. Ewidentnie z tej samej płyty, na pewno ten sam zespół. Słowa nie zawsze padają, czasem za to słychać flet, wyeksponowaną łkającą gitarę elektryczną, w tle sączą się charakterystyczne dźwięki melotronu. Wszystko to brzmi nieco antycznie, pompatycznie zarazem. Ale nóżka chodzi w dół, do góry, moszczę się wygodniej w leżaku, na gębę kładzie się uśmiech. Poznaję, to Camel. Jeden z nielicznych przedstawicieli rocka progresywnego, którego muzyka nie nuży, a brzmi nadal inspirująco. Zespół, który wypracował swoje unikatowe, łatwo rozpoznawalne brzmienie. Często przytaczany w audycjach nieodżałowanego red. Beksińskiego, którego wyznawcy z pewnością kojarzą monumentalny utwór "Stationary Traveller". Mam gdzieś nawet zabunkrowaną znakomitą camelowską płytę "Harbour Of Tears", którą Brytyjczycy nagrali w schyłkowym okresie działalności, w połowie lat 90. Lecz teraz już wiem, że to za mało. Sięgam po telefon, odpalam jedną z aplikacji rozpoznających piosenki i wiem już, że po ulicy Gałczyńskiego tułają się dźwięki z albumu "Moonmadness" [1976]. Wchodzę więc na internetową stronę portalu aukcyjnego, znajduję rzeczony CD i klikam "Kup teraz".



niedziela, 21 lipca 2013

Nie tacy nowi romantycy

Na ogół, na wszelkie muzyczne powroty reaguję zgorzkniałym wyrazem twarzy. Nie wierzę w ich siłę i magię. Nie mam złudzeń, że inspiracją dla takich wydarzeń była Mamona. Ale w przypadku zespołu Visage, jest inaczej. Porzuciłem refleksje na temat intencji, jakie przyświecały Steve'owi Strange'owi (wokaliście, liderowi i zarazem jedynemu muzykowi, który ostał się z oryginalnego składu) przy nagrywaniu pierwszej plyty od blisko 30 lat.

Z Visage mam związane raczej dobre wspomnienia. Doceniam rolę Strange'a, jako animatora nurtu new romantic, który z początkiem lat 80. odmienił oblicze europejskiej muzyki rozrywkowej. Podziwiam jego kreatywność i zapał, z jakim wprowadzał do świata popu modowe szaleństwa zastrzeżone dotąd tylko dla scenicznych spektakli Davida Bowiego. Choć nie mogę też się nadziwić, jak wyrosły w punkowej atmosferze Strange mógł wykonać tak nagły zwrot w kierunku syntezatorowych brzmień. To tak, jakby kibic Barcelony zadeklarował, że od teraz będzie fanem Realu. Jednak ostatecznym argumentem, który sprawia, że czuję miętę do Visage, jest "Beat Boy" z 1986 r. - ostatni album wydany przed rozpadem, jednocześnie największa komercyjna klapa w krótkiej historii formacji z Londynu... 

Każdy meloman i melomanka bez trudu pewnie wymienią kilka płyt, które zmieniły ich życie oraz muzyczną świadomość. Dla mnie jednym z takich albumów był właśnie "Beat Boy". Nagrany którejś nocy z radia na kasetę magnetofonową Stilon Gorzów, stał się katalizatorem nowych muzycznych doznań. Ciągłe odtwarzanie tejże kasety sprawiło, że taśma zaczęła przypominać żyłkę wędkarską. Starczyło jednak czasu, by zalewdwie 8 piosenek nieco namieszało w mojej głowie. Swobodnie mogłem więc odcumować z przystani o nazwie Euro Disco i podryfować w kierunku bardziej wysublimowancyh brzmień z pod znaku Duran Duran czy Simple Minds. Kwestią czasu pozostało już potem eksplorowanie coraz to odleglejszych muzycznych akwenów: minimal music, jazzu i doom metalu. Tak oto Steve Strage w ciągu paru lat zrobił ze mnie miłośnika Anathemy. 



  
W poczuciu pewnego długu wdzięczności, jaki mam wobec Visage, sięgnąłem po ich wydaną w maju płytę "Hearts & Knives". Dziś juz ona nic nie zmieni, nikogo nie zaintryguje. Dla Strange'a i towarzyszących mu muzyków czas zatrzymał się w miejscu. Ale należy docenić fakt, że jest to kawał świetnej studyjnej roboty, a kompozycje nie rozpadają sią na naszych oczach, czy raczej - uszach. Ponadto, ten album wpisuje się świetnie w trend udanie reanimowanych ostatnio gwiazd new romantic. Najnowsze produkcje Ultravox, OMD i Visage to także wyraźny sygnał dla młodocianych miłośników dzisiejszego synth popu. Brzmienie Chromatics, Washed Out i Ladyhawke nie wzięło się przecież znikąd.  





niedziela, 14 lipca 2013

The National, czyli - na ciśnieniu nie da rady

Podoba mi się nowy album The National. Podoba mi się bardzo. Najbardziej ze wszystkigo nowego, co usłyszałem w tym roku. A muszę przyznać, że do słuchania "Trouble Will Find Me" przystąpiłem bez specjalnego napięcia. Byłem jeszcze trochę zmęczony całą tą sytuacją związaną z poprzednią płytą "High Violet", wydaną 3 lata temu.

Brooklyński band wydawał się wtedy mocno kopać w drzwi muzycznego mainstreamu. Po kultowym dla niektórych występie na mysłowickim OFF Festivalu o The National zaczęło być w Polsce głośniej. Premierze "High Violet" towarzyszyła spora radiowa promocja. Coraz częściej gościli też w telewizyjnych amerykańskich show. Grupa miała chyba wtedy strasznie dużo do udowodnienia i to ciśnienie było - jak dla mnie - zbyt słyszalne w ich muzyce. Ze szkodą, dla skądinąd nie najgorszych kompozycji. 

Najwyraźniej muzyka The National jest dla mnie najbardziej akceptowalna, kiedy pojawia się jakby od niechcenia, znienacka. Tak, jak 5 lat temu, gdy na norweskiej wyspie Handnesoya usłyszałem pierwsze dźwięki "Lucky You". I wiedziełem już, że będę chciał więcej. Ten utwór doskonale definiował twórczość amerykańskiego zespołu. Polubiłem go za intymność stworzoną przy pomocy rockowego instrumentarium, nieśpieszny charakter piosenek, introwertyczny sposób interpretacji tekstów przez Matta Berningera.

Najwyraźniej do dzisiaj kojarzę The National głównie jako przedstawicieli muzycznej nostalgii. A tej na "Trouble Will Find Me" jest szczególnie dużo. Kompozycje rozwijają się powoli, często dramatyczny finał poprzedza rozbudowane intro. Jest czas by powoli zagłębiać się w świat, który The National zbudowali na swojej najnowszej płycie. Można się schronć w tej muzyce niczym w mydlanej bańce i uchronć przed bodźcami zewnętrznego świata. Równie bezpiecznie czułem się ostatnio pośród norweskich fiordów.






wtorek, 18 czerwca 2013

Nie ma co się obrażać

Wiem, że Rosja nie jest ulubionym krajem Polaków. Trudno patrzeć na Rosję wzrokiem pozbawionym stereotypów i niechęci, którą dziedziczymy chyba w genach. Bagaż krzywd wydaje się zbyt duży, kompleksy względem większego sąsiada ciążą, ale namawiał będę wszystkich do tego, by Rosji wnikliwie się przyglądać. Nawet jeśli kogoś nie lubię, nie cenię, obawiam się, to nie wyklucza mojego zaciekawienia. A żeby lepiej zrozumieć, warto przedzierać się przez stereotypy.

Barbara Włodarczyk będzie dobrym przewodnikiem w takich mentalnych transgresjach. Wieloletnia korespondentka TVP w Moskwie znana jest chyba najbardziej z cyklu kapitalnych reportaży "Szerokie tory", w których próbowała pokazać skomplikowaną rosyjską naturę. Bo Rosja, jak bohaterowie książki Włodarczyk - ma wiele twarzy. Bywa potwornie zapyziała i przesadnie na pokaz. Wydaje się często irytująco niezrozumiała, a nawet budząca strach. Z reguły ten ogromny kraj kontrastów trudno jednak opisać innym słowem, niż fascynujący. A "Nie ma jednej Rosji" połyka się równie szybko, jak pięćdziesiątkę wódki.





niedziela, 9 czerwca 2013

Ray Lady Ray


Mam wobec Raya Wilsona uczucia mieszane. Mieszka facet w Polsce (w Wielkopolsce znalazł swoją lejdi), więc traktuję go trochę jak krajana. I podziwiam go za ten heroizm, że chce się mierzyć z nie zawsze jasnym stronami naszego kraju-raju. Ponadto szanuję go za to, że utworzył w Poznaniu fundację na rzecz aktywizacji osób ze zmarginalizowanych środowisk. 

Lubię go też, a może - przede wszystkim, za charakterystyczny głos. I naprawdę, dużym sentymentem darzę album "Calling All Stations" (1997), który Ray nagrał z Genesis. Tu też dla mnie zaczyna się z Ray'em problem. Zaistniał tylko na jednym albumie legendarnej grupy, a nie przeszkadza mu to w graniu koncertów, na których wykonuje jej starszy repertuar. Bez oporów nagrywa też płyty z genesisowymi klasykami w wersjach akustycznych, symfonicznych itp. Moim zdaniem jest to lekkie nadużycie, choć deficyt dobrej muzyki nieuchronnie dziś prowadzi słuchaczy w kierunku chodzenia na tzw. cover bandy, tak jak chodzi się do filharmonii posłuchać Chopina.

Ponieważ najnowszą płytę Ray'a, "Chasing Rainbows", poprzedził całkiem udany singiel "Easier That Way", postanowiłem przyjrzeć się jej bliżej. Be uprzedzeń, przyzwyczajeń, bez nadmierych oczekiwań. I muszę przyznać, że jest to płyta dobra. Równa, na poziomie, z muzyką, która nie poruszy świata u podstaw. Zbiór 12 zgrabnych pop-rockowych songów, w których Ray często sięga po akustyczną gitarę i chętnie korzysta ze smyczkowych aranży. W sumie niby nic specjalnego, ale nagrać dzisiaj zbiór kilkunastu udanych utworów to duża sztuka. Tak więc - Ray - zwracam honor. Mam nadzieję, że nagrasz jeszcze sporo udanych piosenek. Swoich. Bo wychodzi Ci to nieźle.




środa, 5 czerwca 2013

Coraz puściej na Tian'anmen

Wczoraj minęła kolejna rocznica masakry na pekińskim Placu Niebiańskiego Spokoju. Jak co roku, pojawiliśmy się pod chińską ambasadą, by zapalić znicze i oddać hołd ofiarom. To już taki nasz rytuał.

Coraz smutniej i pustawo jest 4 czerwca przed chińską ambasadą w Warszawie. Coraz mniej zniczy i kwiatów, coraz mniej ludzi, coraz rzadziej policja nas spisuje. Coraz więcej miejsca na placyku przed bramą zagarnia niepamięć. 

Ale, co się dziwić, przykład idzie z góry. Marszałkini Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej dała właśnie przykład niepamięci. Waluta i ekonomia przesłoniły jej pewną ważną datę. Organizacje rządowe i pozarządowe tez nie garną się do tego, by ofiarę studentów z Tian'anmen przypominać. Choć wydaje się, że w epoce mediów społecznościowych powinno być o to łatwiej.

Im bardziej Polacy, mający przecież do spłacenia dług wobec innych społeczeństw żyjących w dyktaturze, zdają się być głusi na strzały z Tian'anmen, tym większy czuję wewnętrzny sprzeciw. I przymus, by 4 czerwca znów zamanifestować ten swój sprzeciw pod chińską ambasadą.