czwartek, 6 marca 2014

Szepty i krzyki w Powiększeniu

Bydgoska grupa George Dorn Screams umościła się gdzieś na uboczu polskiego szołbizu. Nieśpiesznie wydaje kolejne płyty, za nikim nie goni, ostatnio zrobiła sobie nawet kilkuletnią przerwę. Przy okazji nieco się przeformatowała  - występująca w niej od początku Magda Powalisz zaczęła śpiewać po polsku. Nie wiem, czy to pomoże, nie mam złudzeń co do naszych mediów i ich preferencji, ale szczerze życzę tej sympatycznej kapeli dotarcia do jeszcze szerszej grupy słuchaczy.




Jest zresztą po temu powód, na rynku ukazała się właśnie pięknie wydana i znakomita jeśli chodzi o zawartość EP-ka "Ostatni dzień". Sześć piosenek, nie tracących nic z dawnego stylu zespołu, brzmiących za to szlachetnie jak nigdy dotąd. Do niedawna kojarzyłem George Dorn Screams jako jeden lepszych krajowych bandów, potrafiących stworzyć prawdziwą ścianę dźwięku. Najnowszy mini-album pokazuje jego bardziej subtelne oblicze, bliskie - powiedzmy - shoegaze'owej melancholii. Potwierdził to zresztą poniedziałkowy koncert, jeden z serii kilku, które odbywają się w marcu. Zagrali zarówno utwory dobrze znane, jak i te najnowsze, w których słyszę jakby więcej oddechu i subtelności.




Na scenie liderem wydaje się być Radosław Maciejewski, czyli tańczący z gitarą. Szczerze powiem, takiej baterii afektów nie widziałem chyba jeszcze przed żadnym polskim gitarzystą. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość pozostałym muzykom. Scenicznych szaleństw Maciejowskiego, tych wszystkich prób wyciskania ostatniej nuty z instrumentu nie byłoby bez gęsto grającej sekcji rytmicznej. Nie byłoby także bez nieco neurotycznych wokaliz Magdy. To oni w tym zespole stanowią solidny fundament. I ten układ bardzo dobrze sprawdza się na scenie. Z reakcji muzyków można sądzić, że publiczność warszawska jest ok. i chciałbym bardzo znów zobaczyć George Dorn Screams, choć może w nieco lepszych warunkach. 




Nie chcę jednak jakoś specjalnie pomstować na nagłośnienie. Umówmy się, chodzący do Powiększenia wiedzą czego z reguły można się spodziewać w przystępnej cenie. Zresztą - wierzcie mi - są koncerty na których nagłośnienie nie jest (wiem, brzmi to dziwnie) rzeczą najważniejszą. Między muzykami a publicznością nie było praktycznie żadnej granicy, była za to bardzo fajna energia oparta na wzajemnej sympatii. Mimo, że George Dorn Screams działają na rynku muzycznym już od blisko dekady, to nadal mają w sobie sporo ujmującego zapału i skromności. Bardzo ich za to lubię i tych kilkadziesiąt osób, które pojawiło się w Powiększeniu chyba tez.




niedziela, 2 marca 2014

Dzikuski w Warszawie

Czy to ptak? Czy to samolot? Czy to zespół? Nie! To zjawisko!

Doprawdy, rozszarpały mnie dziewczyny z Savages swoim wczorajszym koncertem w Nowym Teatrze. Czuję się rozszarpany tym bardziej, że nie do końca spodziewałem się tej egzekucji. Owszem, ich debiutancki album "Silence Yourself" okazał się całkiem interesującym debiutem. Owszem, obejrzałem na YouTube fragmenty ich występów na żywo, które dawały nadzieję na trochę rockowej rzeźni. Niemniej, powędrowałem na ten koncert trochę jak niewierny Tomasz i z pewną taką nieśmiałością.  




Nawet najlepszy film w internecie nie odda jednak wszystkiego tego, z czym zderzysz się słuchając Savages i będąc oddzielonym od nich tylko barierką. Mając na wyciągnięcie ręki skaczącą po przesterach gitarzystkę, przy której Nick McCabe z The Verve jest po prostu słodkim misiem. Będąc wgapionym niczym sroka w gnat w posągową perkusistkę i czując, jak jej każde uderzenie w bębny umiera powoli w twoim żołądku. Analizując każdy teatralny gest wokalistki, która ma głos silny jak Anna Calvi, a fizycznie wydaje się być reinkarnacją Iana Curtisa z Joy Division. Albo próbując nadążyć wzrokiem za (nomen omen) dziko pląsającą basistką, która przez cały występ przebywała we własnym świecie.

Poza całym ładunkiem scenicznej energii a la The Stooges członkinie Savages udowodniły przede wszystkim, że są świetnymi instrumentalistkami, a ich naturalnym środowiskiem jest scena, na której potrafią wygenerować fantastyczne brzmienie. O ile płyta "Silence Yourself" była dla mnie miłą zanętą, to prawdziwe oblicze zespołu zobaczyłem na koncercie, w trakcie którego rozpętały prawdziwe piekło. Im bliżej końca, tym bardziej przekształcał się on w jakiś szalony rytuał, pogański obrzęd.




Oczywiście, program występu Savages zbudowały na piosenkach ze debiutanckiego albumu. To utwory oparte na post-punkowej wrażliwości, niepozbawione przy tym przebojowego charakteru. To chyba nie przypadek, że "Silence Yourself" zawędrował na 19 miejsce listy najlepiej sprzedających się albumów w Wielkiej Brytanii. Nie zabrakło więc opętańczych "Shut Up", "Hit Me" i "City's Full", jak i bardziej ociężałych "Waiting for a Sign" czy "Strife". Zaś w trakcie "She Will" Dzikuski odpaliły już prawdziwą rock'n'rollową torpedę. 

Nie bez powodu odwoływałem się do gitarzysty The Verve. Na finał koncertu dziewczyny zaserwowały nam bowiem nowy monumentalny utwór, wdzięcznie zatytułowany "Fuckers". Słuchając go miałem wyraźne skojarzenia z vervowskim walcem "Gravity Grave". Wierzcie mi, choć kilka dni wcześniej byłem w Nowym Teatrze na przedstawieniu "Pożar w burdelu", to dopiero teraz poczułem jak Savages wznieciły w tym miejscu prawdziwy ogień. Z wielką niecierpliwością wyczekuję zatem nowej płyty. Mam nadzieję, że uda się na niej oddać więcej z charakterystycznych dla londyńskiej grupy energii i muzycznego kunsztu. No i czekam oczywiście na kolejne show.




W tej beczce miodu znalazłbym jednak łyżkę dziegciu. Lekkim zgrzytem był dla mnie brak bisów. Entuzjastyczne oklaski rozemocjonowanej publiczności zostały natychmiast zagłuszone "muzyką z taśmy" tuż po zejściu muzyczek ze sceny. Nie pomogły nawet wywoływania i próby przekrzykiwania dźwięków płynących z głośników. Szkoda. Rozumiem, że Savages nagrały dopiero jedną płytę, więc oczywistym następstwem tego są ograniczone czasowo występy. Jestem jednak pewien, że nikt ze zgromadzonej w Nowym publiczności nie miałby za złe, gdyby panie powtórzyły jeszcze na koniec jeden ze swoich kilku najbardziej rozpoznawalnych numerów. Nie jest to przecież jakąś nadzwyczaj rzadką praktyką. Nie powinno się zostawiać w takim rozczarowaniu rozgrzanej do czerwoności widowni.




czwartek, 21 listopada 2013

Efterklang - specjaliści ds. gospodarowania przestrzenią


Od jakiegoś czasu chodzę wyłącznie na małe klubowe koncerty w przystępnej cenie. Stadionowe igrzyska odpuszczam sobie i jest to przemyślana strategia. Po pierwsze, cały ten inscenizacyjny barok zabija jak dla mnie treść. Bo rzadko się już dzisiaj zdarza, żeby estradowa oprawa niosła ze sobą jakieś dodatkowe przesłanie i miała na celu pogłębienie muzycznego przekazu. Po drugie, organizatorzy takich show odlecieli chyba gdzieś daleko ustalając ceny biletów. Dodatkowo - mam wrażenie - ludzie przychodzą na te spędy raczej pogadać i potrzaskać foty komórką. Z tymi zdjęciami jest zresztą tak, że sam często podążam za stadnym odruchem. I jest to część mnie, fana muzyki, której w sobie nie lubię. Cieszę się więc z tych małych klubowych celebracji. Dzięki nim znów poczułem autentyczną radość ze słuchania muzyki w wersji "na żywo".  

W przypadku duńskiego Efterklang stosunek ceny biletu do jakości muzyki zgodził mi się na tyle, że odwiedziłem we wtorek legendarne dla starszych generacji słuchaczy Hybrydy. Ostatni raz byłem tam - będzie ze 20 lat temu - na którejś z rzędu giełdzie płytowej, gdzie zostawiałem swego czasu potworne sumy pieniędzy. Ponoć giełda ostatnio wznowiła działalność i aż korci mnie, żeby ze względów sentymentalnych udać się tam w którąś sobotę. Ponoć można spotkać wciąż te same twarze...




Sceniczny skład Efterklang powiększył się ostatnio o dziewczynę, co słychać już na wydanej w tym roku koncertowej wersji doskonałej "Piramidy" [2012]. Muszę przyznać, że zespół wzbogacony o wokal i instrumentalne zdolności Katinki Fogh Vindelev brzmi jeszcze ciekawiej. Ich trudna do sklasyfikowania mieszanka indie rocka, folku, elektroniki i muzyki współczesnej została wzbogacona o kolejny argument, by Efterklang traktować jako jeden z ciekawszych podmiotów europejskiej sceny niezależnej. Trio z Kopenhagi (na scenie powiększa się do rozmiaru sekstetu) nie stoi w miejscu, zwłaszcza ich dwa ostatnie albumy (obok wspomnianej "Piramidy" polecam do przesłuchania także "przebojowe" "Magic Chairs" z 2010 roku) robią wrażenie. I to na materiale z tych dwóch płyt Efterklang oparli głównie swój koncert.




Dużym zaskoczeniem w trakcie występu była dla mnie doskonała jakość dźwięku. Hybrydy miejscem idealnym pewnie nie są. Ale w ramach tej ograniczonej kubatury dźwiękowiec wyczarował mały cud. Powiem więcej, Efterklang w Hybrydach prezentował się dla mnie lepiej niż na płytach, które, choć aranżacyjnie bogate, zawsze brzmiały mi jakoś płasko... Tym razem muzycy zyskali dla siebie jakby większą przestrzeń, w której potrafili doskonale się odnaleźć i poustawiać wszystkie instrumenty na właściwym miejscu. Wcale mnie nie zdziwiło, że w czasie wykonywania ostatniego utworu wokalista przeszedł przez tłumek widzów do stołu mikserskiego i uścisnął dłoń w podzięce akustykowi.




Właśnie, jest jeszcze jedna rzecz, dzięki której był to wyjątkowy występ. Rzecz, której zbyt mało - moim zdaniem - poświęca się dzisiaj uwagi. W czasie warszawskiego koncertu dało się odczuć ogromny szacunek i wdzięczność muzyków w stosunku do publiczności, która zgromadziła się w Hybrydach. To miła odmiana w czasach, gdy artyści nierzadko obnoszą się w trakcie występów z chlaniem wódy i zamiast zapowiadać piosenki robią sobie ze sceny jakieś polityczne wycieczki. Tym razem nikt nie miał wątpliwości, że muzyka była najważniejsza. 







poniedziałek, 18 listopada 2013

C'mon Flunk! Zimniej, mroczniej, surowiej!

No dobra, przyznaję, nie doceniałem norweskiego Flunk. Miałem ich do tej pory za sprawnych dawców chilloutowych melodii na niezliczoną liczbę składanek z muzyką rozbrzmiewającą w przestrzeniach nowoczesnych i wystylizowanych apartamentów. Na całe szczęście, na każdej kolejnej płycie grupy z Oslo (a jest ich już trochę) znajdywałem jakiś utwór, który kazał mi dalej śledzić jej działalność. Skoro więc nadarzyła się okazja i Flunk pojawił się z koncertem w bliskim sąsiedztwie mojego domu, postanowiłem sprawdzić, co to za muzyczny stwór, ten cały Flunk.




Szcelnie wypełniona kameralna salka śródmiejskiego Powiększenia, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to chyba jednak propozycja dla mainstreamu. W dobie internetowego przerzucania się muzyką, nagrania Flunk zagościły pewnie w niejednym polskim komputerze. Muzyka to niekonfliktowa, sprawne połączenie trip hopu, ambientu i dream popu, pewnie niejednemu umiliła pracę, sprzątanie domu albo naukę w czasie sesji. Nie powiem, czułem się trochę jak w środku jakiegoś dziwnego eksperymentu, na który, zresztą, sam się skazałem, ale wszelkie wątpliwości wywiały mi z głowy pierwsze dźwięki płynące ze sceny.




Nie, nie napiszę wam, że doznałem jakiegoś olśnienia. Ten koncert sprawił jednak, że umieściłem twórzość Flunk w nowym dla siebie kontekście. Ze względów wiadomych muzycy nie był bowiem w stanie odtworzyć całej palety brzmień, która wypełnia ich studyjne płyty. Czasem, owszem, ich piosenkom towarzyszyły jakieś podkłady odtwarzane z komputera, ale w ilościach - rzekłbym - homeopatycznych. Dzięki temu (tak, tak, proszę państwa) poczułem miętę do Flunk silną jak nigdy dotąd. Ich bardziej ascetyczne oblicze przywołało mi na myśl klimat starych dobrych lat 80. Dodatkowo muzycy tylko podsycili moje skojarzenia decydując się się w trakcie występu na kolejne covery - New OrderDepeche ModeYazoo i Kraftwerk. Może nie była to dosłowna podróż w przeszłość, ale z pewnością taki melancholijny flashback, który słuchaczki i słuchacze wychowani na tamtej muzyce czasem lubią poczuć.




W sumie, to może jednak źle, że poszedłem na ten koncert? Bo przecież moja sympatia do Flunk to będzie raczej uczucie z gatunku tych mocno beznadziejnych. W najbliższym czasie będę ich pewnie sobie idealizował niczym zadurzony klasową koleżanką nastolatek. Będę przywoływał w pamięci kolejne fragmenty koncertu i do nich wzdychał z nadzieją, że spotka mnie zaraz coś podobnego. I trwać będzie sobie ten stan pewnie do momentu, gdy przyjdzie mi słuchać wypieszczonej do imentu w studiu nagraniowym nowej produkcji Flunk.







czwartek, 31 października 2013

Collage, czyli trzecie wskrzeszenie wampira

Nie wszyscy będą zadowoleni. Artrockowy wampir wybudził się na nowo. Z całą mocą działał po raz pierwszy na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Podgryzał jeszcze do czasów wczesnego punk-rocka. W końcu skapitulował i spektakularnie sam się pochował w krypcie z napisem "The Wall". Nie na długo. Ku przerażeniu rock'n'rollowców z krwi i kości z powrotem się wybudził w 1983 roku. Słabość do barokowych aranżacji, rozbudowanych, wielowątkowych kompozycji oraz zaangażowanej narracji zadeklarowali wówczas na swojej pierwszej płycie członkowie niejakiego Marillion. Tożsamość brytyjskiej grupy ulegała potem wielu deformacjom, ale przez kolejne 15 lat można było od niej oczekiwać czasem naprawdę wartościowych nagrań. Ponadto, znalazła wielu naśladowców, nie tylko w Europie.

W nurt epigonów art rocka (zwanego też rockiem progresywnym, z czasem - także - neo-progresywnym) próbowały się włączyć także polskie zespoły. Najbardziej spektakularnym tego dowodem była kariera warszawskiego Collage. Wydane przez nich w pierwszej połowie lat 90. cztery albumy (szczególnie "Baśnie" i "Moonshine") dały wiele pociechy słuchaczom nie tylko z Polski. Collage w owym czasie odnieśli w granicach swego gatunku dość spektakularny sukces, co przejawiało się koncertami poza granicami kraju i kontraktem z zachodnim wydawcą SI Music. Wytwórnia upadła w roku 1998, kiedy Collage już nie istniało i był to w moim odczuciu czas, kiedy w obszarze art rocka zostało właściwie już wszystko powiedziane. Owszem, do dziś pojawiają się naśladowcy, ale nie prezentują nic ponadto, co ukazało się na płytach przez trzy ostatnie dekady XX wieku.



Collage darzę do dzisiaj ogromną sympatią. Mój pierwszy zakupiony kompakt, to były właśnie "Baśnie". Mam olbrzymi stopień identyfikacji z tą płytą. Do dziś znam na pamięć większość tekstów, potrafię wypunktować perkusyjne przejścia, czy gitarowe sola. Tak, "Baśnie" trafiły na czas, gdy kształtowała się moja muzyczna świadomość. Chodziłem na próby Collage, starałem się uczestniczyć w miarę możliwości w każdym ich koncercie. Miałem bowiem przekonanie, że zespół bazujący na - w sumie - zgranych już muzycznych patentach, dzięki pasji i determinacji potrafił stworzyć - o dziwo - własne interesujące brzmienie. Ponadto Collage, mieli zawsze dość bezpośredni kontakt ze słuchaczem, daleki od scenicznej bufonady. Było to raczej dzielenie się w trakcie występów litrami muzycznej wrażliwości, które muzycy wypacali na scenie. Dlatego z entuzjazmem zareagowałem na tegoroczne informacje o reaktywacji zespołu.

Tak, to prawda, entuzjazm mi opadł, gdy dowiedziałem się, że z Collage swoich planów nie wiąże Robert Amiran, najbardziej znany wokalista, z kilku, którzy współpracowali ze stołeczną grupą. W końcu, to on zaśpiewał na większości nie tak wielu znowu albumów Collage. Dlatego początkowo byłem zdruzgotany. Wahałem się, czy wybrać się na ich pierwszy od kilkunastu lat koncert w warszawskiej Progresji 26 października. Pewnie łatwiej byłoby mi się odnieść dzisiaj do Collage, po przesłuchaniu nowego materiału z aktualnym wokalistą (jest nim Karol Wróblewski). Przyjmuję jednak argument, że zanim powstaną nowe piosenki, zespół musi zgrać się w nowym zestawieniu (pozostali muzycy pochodzą ze składu z lat 90.). Przeważyła we mnie więc ta sentymentalna strona i postanowiłem dać im szansę. 


Grzegorz Szklarek / www.cantaramusic.pl


Jak wygląda Collage A.D. 2013? To zespół w przebudowie. Należy go oceniać przede wszystkim przez pryzmat nowego wokalisty. Pierwsze, co się rzuca w oczy to sceniczna swoboda Karola Wróblewskiego, którego z pozostałymi muzykami wiekowo dzieli różnica pokolenia. Nie widać po Karolu w żaden sposób jakiegoś onieśmielenia, które mogłoby towarzyszyć nowicjuszowi wśród starych wyjadaczy. Z pewnością przemawiają także za nim warunki głosowe. Karol ma głos mocny, dźwięczny i - mam wrażenie - nie do końca jeszcze wykorzystany. To jest wokal, na którym spokojnie można budować kolejne kompozycje. Głos, który już na samym początku potrafi zaakcentować swoją artystyczną niepodległość. Na tyle silny, że spokojnie można dać mu sporo przestrzeni na nowej płycie, która planowana jest na przyszły rok.


Grzegorz Szklarek / www.cantaramusic.pl


Może to jest pomysł na nowe Collage, bardziej stonowane w sferze aranżacji? Zresztą, rożne symptomy z warszawskiego koncertu są dla mnie dowodem na to, że zespół próbuje znaleźć dla siebie na nowo wygodny muzyczny kostium. A to zaproponował jakąś dziwną wstawkę w kultowej dla fanów Collage "Kołysance", która przerąbała utwór na pół, a to wypruł z energetycznego "The Blues" część charakterystycznego klawiszowego podkładu, zaś z i tak już balladowego "Safe" stworzył utwór prawie ambientowy. To wszystko przyjąłem chyba z lekkim rozczarowaniem, bo - pewnie podświadomie - po 17 latach oczekiwałem swoistego "Best Of" odegranego od A do Z. Ale jeśli ma być to przygrywka do czegoś ciekawego na przyszłość, to ja w to wchodzę. Generalnie, chyba lepiej odebrałem właśnie te zabiegi, który dawały utworom więcej powietrza, pozbawiały je lekkiej koturnowości. Blisko dwie dekady we współczesnej muzyce rozrywkowej to naprawdę dużo. Zdają się to doskonale wiedzieć muzycy Collage i próbują nie stać w miejscu. Mają u mnie duży kredyt zaufania. Bo przecież za to ich zawsze bardzo lubiłem - pewną autonomię w granicach określonych już dawno przez inne zespoły. Nadal na to liczę. 

niedziela, 15 września 2013

Rick, który zabrał ze sobą marzenia

Jedna z ulubionych stacji radiowych uświadomiła mi, że minęła właśnie piąta rocznica śmierci Richarda Wrighta - klawiszowca Pink Floyd, kompozytora genialnego "Us And Them". Śmierć Ricka oznaczać będzie już dla mnie na zawsze emocjonalne pożegnanie z wielkim zespołem. Ponoć nadzieja umiera ostatnia, ale odejście znakomitego brytyjskiego instrumentalisty bezpowrotnie zakończyło moje dywagacje na temat tego, kiedy zobaczę na scenie kamandę Pinka Flojda. Do końca życia będę próbował się dowiedzieć, gdzie ja miałem głowę, gdy trzeba było decydować się na wyjazd do Stoczni Gdańskiej w 2006 roku. Na koncercie Davida Gilmoura pojawił się wówczas gościnnie właśnie Rick Wright i obaj panowie wykonali kilka pomnikowych utworów swej macierzystej grupy. To był zarazem ostatni sceniczny występ Wrighta - człowieka, który zabrał ze sobą moje marzenia. 





czwartek, 5 września 2013

Baśka miała fajny głos

Byłem na bardzo fajnym koncercie niedawno. W klubie BarKa, w okolicach mostu Świętokrzyskiego (tym razem dotarłem bez przeszkód), wystąpili Barbara Morgenstern i Macio Moretti. Wiele sobie obiecywałem po tym nietypowym show. Macio Moretti - wiadomo - człowiek orkiestra, lider Mitch & Mitch, muzyk Baaby i paru jeszcze innych offowych projektów, twórca ambitnej wytwórni Lado ABC, sceniczne zwierzę. Z kolei wokalistkę Barbarę Morgenstern kojarzyłem dotąd jako przedstawicielkę miłej dla ucha niemieckiej elektroniki. Z tej kolaboracji mogło wyjść tylko coś fajnego. A zanosiło się na nią już dawno, bo jak na wstępie zapowiedziała Barbara, spotkali się z Morettim jakieś 10 lat temu i już wtedy rozmawiali o przyszłej współpracy. Nadwiślański występ był więc nieśpiesznym sfinalizowaniem artystycznej akcji w ramach przyjaźni polsko-niemieckiej.


Ten koncert nie zawiódł, a dla mnie był wydarzeniem w jakiś sposób odkrywczym. Barbarę kojarzyłem z ostatniej płyty "Sweet Silence", ale lwią część zagranego w Warszawie repertuaru stanowiły utwory z jej pierwszego okresu twórczości. Zdarzyły się nawet utwory z przed lat kilkunastu. Barbara tworzyła wtedy piosenki oparte na niepokojących elektronicznych brzmieniach, a wyśpiewywane jeszcze wtedy w języku nienieckim teksty dodawały im introwertycznej aury, zahaczając niekiedy o krautrockowe klimaty. To od nich Morgenstern zaczęła swoją część koncertu. Dopiero gdzieś w połowie na scenę wkroczył Moretti i przyprawił kolejne piosenki o silny puls przy pomocy zmodyfikowanego dla swoich potrzeb zestawu perkusyjnego. Ostatnie chwile ich wspólnego muzykowania to już była typowa improwizacyjna jazda, daleko wykraczająca poza prezentację standardowych piosenek. Co ciekawe, stonowana Morgenstern dała się ponieść charyzmatycznemu Maćkowi Morusiowi (bo tak naprawdę nazywa się Moretti) i dała na finał mocno popalić wszystkim instrumentom klawiszowym, które zgromadziła na scenie. 

A więc zaskoczenie, Barbara Morgenstern przeistoczyła się na moich oczach z miłej dziewczyny śpiewającej ambitny pop w artystkę temperamentną, o indywidualnym stylu, pomysłową instrumentalistkę. Z kolei Moruś bardzo fajnie dostosował się dla potrzeb koncertu do roli muzyka towarzyszącego, a przecież ze sceny kojarzymy go raczej jako lidera. Mam więc nadzieję, że ten udany kolaż będzie miał jeszcze niejedną odsłonę "na żywo", a może zaowocuje wręcz nowym materiałem. Chciałbym też wierzyć, że zaśpiewana po angielsku płyta "Sweet Silence" stanie się dla Barbary szansą na pozyskanie większej liczby słuchaczy. Bo, że głos miała fajny - wiedziałem od początku. Ale ma też Baśka przede wszystkim osobowość.